On wstaje nagle i chwiejnym krokiem rusza na balkon. Wstaję również, bez myślenia, alkohol pomaga mi podjąć intuicyjną decyzję. Podążam spojrzeniem za ciałem bruneta. Zamykam za nami drzwi, opieram się o ich szybę, przyciskając policzek do jej zimnej powierzchni.
- Nathan – szepczę.
Chłopak opiera się o barierkę w nonszalancki sposób, którego tak nie znoszę. Wygląda sztucznie, ale ludzie się na to łapią i o to chodzi w społeczeństwie.
Podwórko między blokami oblewa ciemność nocy, mieszkanie na parterze nie pozwala zobaczyć niczego poza niebem i placem z paroma huśtawkami. Wydaje mi się, że widzę spacerującego po tym placu psa, ale ręki bym za to nie dała.
- Co? - rzuca brunet, nawet się nie oglądając. Irytuje mnie.
- Irytujesz mnie – mówię to na głos. - Nienawidzę cię. Tak bardzo cię nienawidzę.
- Ponoć jesteś we mnie zakochana – prycha. - Tak mówiłaś. Co, przeszło ci?
- Kocham. Nienawidzę. Nienawidzę tego, że cię kocham. Sposobu, w jaki przyciągasz mój wzrok. Kocham w tobie to, że cię nienawidzę. Skomplikowane.
- Tak. Nie lubię „skomplikowanych”.
- Zamknij się.
Zapada cisza. Słyszę jego oddech, krótki, po chwili dłuższy. Wzdycha. Wiem, że chce coś powiedzieć. Przyglądam się mu, jego twarzy, ciału. Jego pozycja przy barierce zmienia się. Niby nadal jest o nią oparty, ale nonszalancja zanika.
- Dlaczego taki jesteś? - pytam bez oporów. Staram się nie myśleć o tym, co mówię, nie myśleć o konsekwencjach, żyć tu i teraz. Chcę poznać odpowiedzi na tak wiele pytań. - Dlaczego tak bardzo udajesz? I nie mów mi po raz setny, że taki jesteś, bo to nieprawda i dobrze to wiesz. Uszyłeś sobie aluzję Nathana zupełnie innego niż ten, który pod nią siedzi. Wiesz, kiedy cię lubię? - Staję obok niego. - Lubię, gdy myślisz, że nikt na ciebie nie patrzy. Zrzucasz wtedy tą nędzną maskę, oczy masz przyjemniejsze, na twarz wpływa ci naturalność. Pokochałam to w tobie i nadal wierzę w to, że kiedyś te momenty przeobrażą się w codzienność.
Znowu cisza. Zza drzwi balkonu słyszę stukanie butelek z alkoholem, rozmowy, muzykę. Wydaje mi się to być takie nierealne, jak gdyby tylko to, co dzieje się na balkonie było rzeczywistością, a wydarzenia w mieszkaniu jakimiś obrazami w zwierciadle, jakimś snem.
Zauważam, że on trąca moją dłoń. Mimo chłodu nocy opuszki ma ciepłe, bawi się moimi knykciami, a po chwili splata swoje palce z moimi. Nie mówię nic, daję mu czas.
- Może ci się to wydać śmieszną historią rodem z telenoweli czy książki dla nastolatków, ale przysięgam, że to prawda. - Obraca na chwilę głowę, przelotnie patrzy mi w oczy, a ja już wiem, że mówi szczerze. - Byłem spokojnym dzieciakiem. Chudy, mały chłopczyk. Grzeczny, uśmiechnięty, zawsze coś nuciłem pod nosem, a mój świat najchętniej zamknąłbym przy zabawkowym keyboardzie, który dostałem od dziadków na święta. Nie lubiłem ludzi spoza rodziny. Nie lubiłem tych chłopców z klatki obok, którzy grali w piłkę, urządzali bijatyki, rzucali w dziewczyny kamyczkami. Nie chciałem chodzić do zerówki, mama wypisała mnie z niej po dwóch miesiącach. Pobili mnie tam tacy trzej, bo im się nie spodobała zrobiona kanapka zrobiona przez moją mamę, a ja nie umiałem zareagować. Odpyskowałem coś, ale obronić się nie umiałem. Potem to się powtórzyło. Za każdym razem, gdy miało mi się oberwać, zalewałem się łzami czy żaliłem się tacie. Któregoś razu wróciłem ze szkoły z siniakiem i przecięciem na ramieniu, to była druga klasa podstawówki, jacyś starsi wrzucili mnie w krzaki, a za krzakami był murek. Bolało mnie strasznie. Mama opatrzyła mi ranę. A tata? Stał w drzwiach kuchni i patrzył na nas. - Przerywa na chwilę, puszcza moją rękę. Przeczesuje włosy palcami, a ja śledzę jego dłoń. Nie był od jakiegoś czasu u fryzjera, ale to dobrze, bo w krótkich mu nie do twarzy.
- Okay? - Dotykam jego ramienia, ale nawet na nie patrzy.